W kilka lat po eksplozji kultury hip-hopowej w Polsce mieliśmy już kilka okazji by na żywo podziwiać asy  rapowego kunsztu;

było SOULS OF MISCHIEF, SMIFF-N-WESSUN, RZA, DAS-EFX, GURU, GROUP HOME, JERU, AFU, RUN-D.M.C., LORDZ OF BROOKLYN, BEASTIE BOYS, ICE-T, etc. O mały włos gościlibyśmy również PUBLIC ENEMY! Niestety, nie udało się...

         Za to drugi tydzień września tego roku zapowiadał się naprawdę gorąco:

sześć miast w dziesięć dni - tak miała wyglądać zorganizowana przez ukochanego Liroya trasa koncertowa żywej legendy, połowy duetu EPMD, producenta i MC: Parrisha Smitha. Samo to nazwisko powoduje drżenie nóg a co dopiero fakt, że w trasie towarzyszyli mu DJ HONDA i... K-SOLO!!!

Co do PMD i Hondy to nie było wątpliwości, że koncertami będą promować ich wspólną płytę „Underground Connections” oraz najnowszy album Parrisha „The Awakening”. Ale występy faceta, który po gościnnym udziale na trzeciej płycie Redmana (1996 r. !!!) zniknął ze sceny to prawdziwa niespodzianka i gratka, zwłaszcza, że solowe płyty K są rzadkością w sklepach muzycznych całego świata. Tak więc już na dzień dobry wydarzenie to zasługiwało na miano epokowego i mocno wierzyłem w to, że historia hip-hopu w Polsce będzie dzielona na przed i po koncertach HIT SQUAD.

         Mojego entuzjazmu nie podzielało jednak zbyt wiele osób, co wynikało z komentarzy zawartych na hip-hopowym forum internetowym. Przed wyjazdem na ostatni, warszawski koncert z niedowierzaniem czytałem o niewygodnych terminach imprez w środku tygodnia, rekordowej frekwencji w Szczecinie (ponoć było... 8 osób), obniżce cen biletów (z 40 na 20 pln) oraz niewiedzy mnóstwa osób co do rozmiaru supergwiazdy jaką miał być „skład” PMD.

                    

Owszem, jestem świadom tego, iż w naszym przemiłym kraiku rządzi polski rap czyli hip-hop (?!?), lepszy od swego pierwowzoru z Ameryki (!?!), jednak taka okazja mogła się już więcej nie powtórzyć! Pocieszeniem miał być fakt, iż starsi fani deklarowali się ostro na forum, że Warszawka pokaże na co ją stać...

         Pomińmy wszystkie podchody i przygotowania związane z wyjazdem, podróż i nawiedzonych konduktorów, aby od razu skomentować wydarzenia w Stodole w dniu 14.09.2003.

                                               

         Sam klub jest świetnie przygotowany na tego typu imprezy: mieści około 1000 osób, ma dwa niezależne bary i ogródek. Co ciekawe, natknęliśmy się tego dnia na bramkę wykrywającą metale - czyżby nowa polska norma, a może po prostu zachodnie wymagania?

W barze też nowość - nie sprzedają piwa! Nieliczni przybyli musieli się zadowolić soczkami lub napojami typu Redbull.

Nam na początek wystarczyły odlotowe zapiekanki...

         Po kilku godzinach oczekiwania (przybyliśmy na miejsce trochę za wcześnie) i podziwiania warszawskiej młodzieży krok po kroku rosnącej w skromny tłumik, zaczęła się impreza. W sumie trudno to nazwać początkiem czegokolwiek: najpierw wystąpił jakiś dziwny support troche w stylu latynoskiego R’n’G, a potem z braku laku (tzn. gwiazda wieczoru była jeszcze w hotelu) grał sobie niejaki DJ Spikey. No i wyklarowała się sprawa piwa: zaczęło się lać i to litrami! W końcu gdy na scenie pojawił się polski support (nawet nie wiem kto; ponoć Onil i KastaSkład), towarzystwo zaczęło się powoli przesuwać pod scenę. Później wszystko działo się na prawdę bardzo szybko:

najpierw PMD z dwoma ziomalami i Hondą, potem specjalnie zapowiedziany

                         

K-Solo i w końcu razem dali wszystkim zebranym pięknym raperom i ich jeszcze piękniejszym towarzyszkom do zrozumienia „kto rządzi”.

Oprócz nowych utworów były stare solowe kawałki PMD (Rugged’N’Raw, Steppin’ Thru Harcore), K-Solo (Fugitive, Your Mum’s In My Business plus It’s Like That z płyty Redmana), a najwięcej było numerów EPMD (Headbanger, Crossover, You Gots To Chill, You’re A Customer, Da Joint, So Wat Cha Sayin’). Ostro i głośno - nawet za...  ..w.s.z?.. tak                                     

         Ogólnie - hardcore w najlepszym wydaniu! Przez chwilkę mógł się popisać swoimi umiejętnościami DJ Honda, ale była to niestety naprawdę bardzo krótka chwilka. Ochroniarze mieli trochę roboty, bo co chwilę ktoś kombinował, jak tu być bliżej Pee lub K-Solo. Rozjuszonej publice udało się jeszcze ściagnąć artystów na bis, a po koncercie wszyscy (jakieś 150-200 osób) szybko się zmyli.                                                                                                                                                                                                                                                                 

My poczekaliśmy jednak, żeby porozmawiać z Parrishem i K-Solo, zrobic sobie pamiątkowe zdjęcie i skompletować autografy. Mimo popędzania przez polskiego menadżera atmosfera była bardzo miła; „chłopcy” choć zmęczeni byli rozmowni i chętni do fotografowania.

Przygoda życia!

Po imprezie wystarczyło już tylko poczekać na pierwszy pociąg jadący w stronę Krakowa - jakoś po 6.00 :(